książka

„Włam się do mózgu” i… ucz języka!

Dzisiejszy wpis jest za sprawą rewelacyjnej książki, którą ostatnio przeczytałam – „Włam się do mózgu” autorstwa Radka Kotarskiego, która jest poświęcona technikom zapamiętywania i uczenia się.

.

Zanim jednak przejdę do meritum dzisiejszego wpisu i wyjaśnię, dlaczego akurat warto przeczytać tę książkę w kontekście nauki języków obcych, chciałam zastrzec, że nikt mi za tę rekomendację nie zapłacił – zwyczajnie uważam, że jak ktoś robi coś wartościowego i godnego polecenia, z czym w dodatku się zgadzam i w pełni popieram – nie widzę innej możliwości niż ta, aby się podzielić tym z innymi. Bo dobrymi rzeczami trzeba i wręcz należy się dzielić i nie inaczej jest właśnie z książką Radka 🙂

.

Dlaczego kupiłam tę książkę?

Jestem zagorzałą fanką „Polimatów” – kanału o charakterze popularnonaukowym na Youtubie, który prowadzi Radek Kotarski. Każdy odcinek jest poświęcony innemu zjawisku, zagadnieniu, zwyczajowi, opowiadany z ogromną erudycją, w sposób dowcipny i błyskotliwy. Nie ukrywam, że jako filolog zawsze zwracam uwagę na język, którego ludzie używają, i w tym przypadku obejrzenie każdego odcinka jest dla mnie niebywałą przyjemnością – niewiele jest tego typu treści w polskim internecie o tak wysokim poziomie merytorycznym i językowym.

W końcu trafiłam na filmik zatytułowany tajemniczo „Coś przed wami ukrywałem”, w którym Radek opowiada, jak w ciągu pół roku opanował język szwedzki na poziomie komunikatywnym, nie rezygnując przy tym z życia prywatnego i zawodowego. TU BIORĘ GŁĘBOKI WDECH – wiem, jak to brzmi i zaraz większości z Was przyjdą do głowy hasła w stylu „Mariola z Warszawy nauczyła się języka chińskiego w miesiąc. A to wszystko dzięki naszemu kursowi!”. Nie, nie – nic z tych rzeczy. Sama jestem sceptykiem, jeśli chodzi o szybkie efekty w podejrzanie krótkim czasie, ale znając poprzednie materiały Radka, byłabym bardzo zdziwiona, gdyby pokusił się na tak tani chwyt.

Zachęcam Was do obejrzenia poniższego wideo, w którym Autor opowiada o swoim eksperymencie językowym:

.

.

Nie ukrywam, że ten film spadł mi z nieba – akurat zapisałam się na kurs języka hiszpańskiego, którego zaczęłam się uczyć całkowicie od zera w październiku zeszłego roku i cały czas się zastanawiałam, jak mogę zacząć skuteczniej zdobywać wiedzę, aby pogodzić tę nową aktywność z dotychczasowymi obowiązkami (beztroskie czasy szkolne, kiedy moim głównym zadaniem było uczenie się, minęły bezpowrotnie).

.

Zaczęłam się zastanawiać, jak dotychczas się uczyłam:

  • podkreślałam ważniejsze fragmenty w tekście
  • czytałam raz, dwa razy fragment tekstu, który również powtarzałam na głos raz bądź dwa razy (i potem tak kilka razy z rzędu)
  • miałam wybrane miejsce, w którym zawsze się uczyłam (w łóżku przed snem lub na kanapie w ciągu dnia)
  • uczyłam się blokowo, od a do z
  • w międzyczasie nie wykonywałam żadnych innych czynności, żeby się nie rozpraszać.

W efekcie nauka zajmowała mi wiele czasu, bo miałam zakodowane, że jedynym miejscem, w którym skutecznie mogę się jej oddać, jest dom i określona pora dnia. Sprowadzało się to do tego, że uczyłam się na kilka dni przed egzaminem, poświęcając na to cały czas, jakim dysponowałam – byłam przemęczona, co prowadziło do mechanicznego powtarzania, bez zrozumienia, tych samych informacji. Mimo to zdawałam egzaminy, nawet z niezłymi ocenami, ale mijał tydzień, dwa i… już nic  z tego nie pamiętałam.

.

„Zakuć, zdać, zapomnieć” – nie ma sensu w przypadku nauki języka

Oczywiście, nie dotyczy to tylko nauki języka (książka jest poświęcona w ogóle procesowi uczenia się, szwedzki Radka jest tylko jednym z przykładów), ale właśnie z takiego założenia wyszłam, rozpoczynając naukę hiszpańskiego. Poszukiwałam rozwiązania, które pozwoli mi się uczyć efektywnie i w przede wszystkim w sposób trwały. W nauce języków, których dotychczas się uczyłam, oczywiście nie stosowałam zasady „trzech Z”, ale, patrząc z perspektywy, zajmowało mi wcześniej to zbyt wiele czasu, na co teraz zupełnie nie mogę sobie pozwolić (tak jak większość z Was).

W swojej książce Radek wychodzi z prostego założenia – chcąc nie chcąc i tak uczymy się przez całe życie (nauka na egzamin z gramatyki języka starocerkiewnosłowiańskiego i nauka gotowania to bardzo podobny proces), więc dobrze, aby zdobyta wiedza służyła nam jak najdłużej. A winę za to, że uczymy się nieefektywnie, ponosi system edukacji – w szkole każą nam się uczyć, ale nikt nam nie tłumaczy, w jaki sposób to robić. Niby proste stwierdzenie, ale jakoś wcześniej sobie go nie uświadomiłam.

Książka „Włam się do mózgu” nie zawiera rewolucyjnych metod, o których nikt z Was nie słyszał. Wręcz przeciwnie – to techniki uczenia się, których skuteczność została udowodniona w sposób naukowy przez znane ośrodki badawcze. Radek tylko i aż zebrał je w całość (bibliografia jest imponująca!), uzupełnił bardzo obrazowymi przykładami, anegdotami oraz przejrzyście opracowanymi wykresami i tabelami, co powoduje, że całość jest bardzo przyjemna w odbiorze, a książkę, mimo treści o charakterze naukowym, doskonale się czyta.

.

Czego się dowiedziałam po przeczytaniu książki?

Że stosowane przeze mnie metody uczenia się, które wymieniłam wyżej, są:

a. powszechne (w końcu bierzemy przykład z innych, którzy uczą się w ten sposób),

b. mało skuteczne.

Dlatego stwierdziłam, że nauka nowego języka będzie doskonałym poligonem doświadczalnym i okazją do wprowadzenia zmian.

.

Co zmieniłam?

  • Stwierdziłam, że rzadko kiedy mam czas usiąść na spokojnie w domu i dwie-trzy godziny poświęcić na samą naukę, więc zaczęłam się uczyć w komunikacji miejskiej (podróż tramwajem z zajęć z hiszpańskiego do domu zajmuje mi 12 minut – dokładnie tyle mi wystarcza, żeby dwa razy powtórzyć wszystkie słówka, które danego dnia zapisałam w zeszycie), podróży samochodem (jako pasażer :P) czy w kolejce do lekarza. Jedno miejsce do nauki zamieniłam na kilka, a jednorazowe, kilkugodzinne wkuwanie, na szybkie, ale regularne powtarzanie materiału.
    .
  • Materiał, którego nauka zajmie mi więcej czasu, podzieliłam na mniejsze części, rozdzielone innymi czynnościami – np. po powtórzeniu nieregularnych czasowników hiszpańskich dotyczących codziennych aktywności (np. myć się, wstawać etc.) ugotowałam zupę, po kolejnej partii – napisałam zaległy tekst dla jednego z klientów itd. W efekcie w ciągu całego dnia udało mi się powtórzyć sporą część materiału do egzaminu, wykonać najważniejsze, zaplanowane wcześniej czynności i… nie mieć bólu głowy pod koniec dnia z przeuczenia się. Co więcej – wcale nie czułam się rozkojarzona tym, że robiłam dłuższe przerwy podczas nauki, tylko łatwiej mi było się skupić.
    .
  • Zauważyłam, że optymalna liczba powtórzeń słówek czy reguł gramatycznych to dwa. Potem czynność staje się mechaniczna i nic więcej nie zapamiętuję. Za jakiś czas wracam do tego, czego nie udało mi się zapamiętać za pierwszym razem. Dzięki temu uczę się szybciej (bo powtarzanie cztery razy tego samego zajmuje jednak więcej czasu) i, co najważniejsze, robię więcej powtórek.
    .
  • Przestałam się uczyć tematycznie (blokowo), tylko zagadnieniami. Dawniej miałam zakodowane, że słówka w zeszycie powtarzam od pierwszej lekcji do ostatniej. Teraz to nie ma znaczenia, dzięki czemu nauka stała się bardziej elastyczna (kolejność zagadnień dowolnie się zmienia) i bez problemu i powtarzania całości materiału mogę spokojnie wrócić do tego, z czym mam największe trudności.
    .
  • Przeskakuję z materiału na materiał w zależności od rodzaju. Czasy, kiedy pół dnia siedziałam nad samą gramatyką, odeszły w niepamięć. Teraz przeplatam ją listami słówek (np. z obrazkami), oglądaniem filmików czy pisaniem zdań. Tę samą metodę stosuję podczas zajęć rosyjskiego (w tym przypadku również uczenie kogoś jest doskonałym sposobem uczenia się) – zauważyłam, że jednorazowe włączenie materiału wideo, do którego ponownie wracamy pod koniec lekcji albo w ogóle na kolejnych zajęciach, sprawia, że moi uczniowie więcej zapamiętują, niż kiedy dwa razy z rzędu muszą oglądać ten sam materiał.

.

Radek w swojej książce opisuje oczywiście o wiele więcej technik uczenia się, ja przedstawiłam Wam tylko te, które w chwili obecnej najbardziej się sprawdziły w moim przypadku. Oczywiście, nie wykluczam zastosowania kolejnych 🙂

.

Efekty?

Hiszpańskiego zaczęłam się uczyć na początku października (dwa razy w tygodniu po 1,5 godziny), w tym momencie kończymy pierwszy semestr nauki (którą, notabene, chcę kontynuować). Szczerze przyznaję, że uczę się tyle, co na zajęciach, z których materiał następnie powtarzam, i robię wszystkie zadania domowe. Na więcej (np. oglądanie wideo na Youtube) niestety nie mam czasu.

Probierzem efektywności nauki w ciągu tych czterech miesięcy było dla mnie przygotowanie do egzaminu na koniec semestru, który pisałam dzisiaj. Naukę rozłożyłam na cztery dni przed egzaminem, co wcale nie oznacza, że dokładnie tyle czasu spędziłam na uczenie się. W międzyczasie nie ucierpiały żadne z domowych i zawodowych obowiązków, a wczoraj wieczorem przyszli jeszcze do nas znajomi i spędziliśmy wspólnie czas prawie do pierwszej w nocy (egzamin miałam dzisiaj o 8.30). Mało tego, okazało się, że moja nauka w większości sprowadziła się do powtarzania i uzupełniania braków, bo większość słówek i reguł gramatycznych już pamiętałam.

Przygotowania do podobnego egzaminu, tyle że z rosyjskiego i jeszcze w czasie studiów, to były dwa-trzy dni wyjęte z życia, pełne intensywnej nauki, nerwów i zmęczenia, zakończone odsypianiem zaraz po powrocie do domu.

Jedyne, czego żałuję, to tego, że zaczęłam się uczyć w ten sposób tak późno. Ale z drugiej strony wychodzę z założenia, że nic w życiu nie dzieje się przypadkowo 😉

PS. A książkę Radka Kotarskiego naprawdę Wam polecam! 😉

.