praca tłumacza

Jak tłumaczę teksty?

Ten wpis chodził mi już jakiś czas temu po głowie, aż w końcu ujrzał światło dzienne. A wszystko przez pytanie, które kiedyś usłyszałam: „Ale jak to, tak po prostu siadasz i tłumaczysz?”. No prawie – poniżej możecie o tym przeczytać.

.

Na początek muszę zaznaczyć, że poniższy opis jest propozycją i też pewnie jedną z wielu strategii, jaką stosują tłumacze. Pewnie odbiega też nieco od modelowego opisu tego procesu, jaki znajdziecie w książkach poświęconych teorii przekładu. Cóż jednak w życiu jest idealne? 😛

Zacznijmy zatem – dostaję e-mail, że ktoś jest zainteresowany tłumaczeniem…

.

#1 Brać czy nie brać?

Jeśli wiadomość jest od biura tłumaczeń, od razu wiem, co to za tekst, jaki jest termin realizacji i ile na tym zarobię. W przypadku klientów bezpośrednich czasem trzeba wymienić kilka e-maili, aby te informacje uzyskać (przy okazji polecam mój starszy tekst Spięcie na linii klient-tłumacz?). Kiedy już uda się to wszystko ustalić, decyzję o przyjęciu zlecenia podejmuję, biorąc pod uwagę:

  • czy mi się to opłaca? (finansowo, ale niekoniecznie – czasem pojawiają się mniej intratne, ale dość ciekawe projekty, w które warto się zaangażować z innych względów)
  • czy tekst jest na miarę moich możliwości? (o tym trzeba zawsze pamiętać – nie jest wstydem przyznać się do niewiedzy, tylko wstydem jest wysłać klientowi złe tłumaczenie)
  • czy mam wystarczająco czasu, aby wykonać to zlecenie? (tłumaczenia to jedna z rzeczy, którymi się zajmuję, więc w tym przypadku kolejne zlecenie nie może być przyjęte kosztem realizacji moich innych zobowiązań)

Wyszło, że jednak wszystkie warunki zostały spełnione, więc idziemy dalej.

.

#2 Jak to ugryźć?

Zapoznaję się z tekstem – zazwyczaj pobieżnie, skupiając się na głównych elementach konstrukcyjnych, słowach kluczowych, żeby mieć mniej więcej pojęcie, czego dotyczy. Jedynie w przypadku tekstów beletrystycznych (a tych akurat nie tłumaczyłam zbyt wiele) czytam całość od deski do deski – muszę poznać kontekst, powiązania między postaciami etc. Do tej pory tłumaczyłam głównie opowiadania, więc drobiazgowe zapoznanie się z tekstem nie nastręczało większych trudności, ani nie wymagało wiele czasu. Chętnie posłucham bardziej doświadczonych kolegów, jak sobie radzą w tej kwestii z tłumaczeniem książek 🙂

Następnie przygotowuję tekst pod względem technicznym – tworzę pliki projektu w narzędziu CAT i… zaczynam zabawę!

.

#3 Co się dzieje w trakcie…

Teraz tak naprawdę, zdanie po zdaniu, zapoznaję się z tekstem. Przyjaźnię się z wyszukiwarką Yandex, gdzie mogę szybko sprawdzić niektóre interesujące mnie słowa i frazy, korzystam z elektronicznych i drukowanych słowników, a jeśli jest taka potrzeba – zawracam głowę znajomym native speakerom, żeby podpowiedzieli, jak ugryźć trudniejszy fragment tekstu.

Na tym etapie nie zastanawiam się, czy udałoby się znaleźć lepszy wariant tłumaczonego słowa lub zdania. Najważniejsze, żeby przetłumaczyć całość tekstu, weryfikując przy okazji, czy tworzy on mniej więcej spójną i logiczną całość.

Kiedy klikam Ctr+Q, oddycham z ulgą, bo to oznacza, że tekst został przetłumaczony i można zamknąć pliki projektu. Ale to jeszcze nie koniec, bo przede mną weryfikacja treści. Robię sobie herbatę, czytam artykuł lub wykonuję inną, niewymagającą zbyt wiele czasu czynność, żeby na chwilę przestać myśleć o dopiero co wykonanym tłumaczeniu.

.

#4 Czytam i sprawdzam

Po raz pierwszy czytam gotowe tłumaczenie. Sprawdzam, czy nie ma błędów tłumaczeniowych, wracam do fragmentów, w których można zastosować lepszy i bardziej adekwatny wariant. Wyłapuję błędy stylistyczne i interpunkcyjne.

Kiedy skończę, robię sobie przerwę – jej długość zależy od terminu oddania tłumaczenia, stopnia trudności tekstu (zazwyczaj to kilka godzin, w wariancie idealnym – na następny dzień). Przy drugim czytaniu ilość błędów jest zdecydowanie mniejsza, zwykle są one kosmetyczne. Jeżeli jest to tłumaczenie na język polski, kończę proces na tym etapie i odsyłam klientowi wykonane zlecenie.

A jeśli jest to trudny tekst lub tłumaczenie było wykonywane na język rosyjski, wtedy…

.

#5 …czytam jeszcze raz. Dla pewności

W przypadku polskiego tekstu – po cichu, a w przypadku rosyjskiego – szeptem lub półgłosem (cały tekst lub tylko fragmenty). Szybciej się wtedy koncentruję, a kiedy usłyszę niektóre słowa, łatwiej jest mi poprawić literówki, które czasami lubią się gdzieś przyczaić. Jeżeli tekst jest trudny, przesyłam go zaprzyjaźnionym native speakerom, żeby nie było błędów.

Wysyłam zlecenie klientowi, oddycham z ulgą. I szukam następnego – jak się nie pracuje na etacie, to trzeba być kreatywnym 😉

.

A jakie są Wasze sposoby na tłumaczenie tekstów? Jestem ich bardzo ciekawa 😉

.